poniedziałek, 16 maja 2016

rano zazwyczaj nie chce mi się żyć.
po prostu.
budzę się i mam nadzieję, że to jest sen.
niestety nie.
zwlekam się więc z łóżka.
karmię koty i psa.
wstawiam wodę na kawę.
wypalam papierosa.
łykam tabletki szczęścia i toczę się przez dzień, tydzień, życie...

niedziela, 3 kwietnia 2016

pogubiłam się gdzieś pomiędzy wiatrem, deszczem a słońcem.
nie wiem kim jestem. czego chcę. kogo kocham.
żyć mi się nie chce, często.
zakładam maskę i idę do pracy.
pod sztucznym uśmiechem lęk i strach.
łzy zalewają mi organy.
chyba czas zamknąć się szpitalu dla nadwrażliwych.
i w końcu w siebie uwierzyć. i pokochać się.
nie dać wygrać tej, która chce zniknąć.

poniedziałek, 29 lutego 2016

wciąż jestem.
walczę o siebie i z sobą.
jestem.
uśmiecham się i płaczę.
zakrywam kołdrą głowę,
wystawiam twarz na słońce.
jestem, mimo że nie chce być.
mam coś do zrobienia,
coś do załatwienia,
coś do przeżycia.
wciąż jestem.
taka sama i inna,
ale jestem.

wtorek, 26 stycznia 2016

kiedy witałam tamten rok byłam bardzo mocno upita. powiedziałam o godzinie zero, że mi wolno. że mama nie żyje i mam prawo się upić. przegięłam. dużo razy później przeginałam. najpierw było właśnie picie. dwa, trzy miesiące ukrywałam się przed wszystkimi, przed sobą. wypijałam butelkę wina, siedziałam na rozkopanym łóżku zanosząc się łzami, po jakiejś chwili od wypicia, gdy już czułam upojenie alkoholowe, mój żołądek nie mogąc tego strawić kazał zwracać. niespokojnie przesypiałam noc, potem szłam do pracy. w kwietniu skończyła mi się umowa i nie została już przedłużona. ja też przestałam tyle pić. zaczęłam zadawać sobie ból w inny sposób. nie chciałam przecież być taka jak matka. ironia losu - córka alkoholiczki, alkoholiczką. całkiem nie podobała mi się ta myśl. żeby nie czuć bólu psychicznego zaczęłam ciąć sobie nogi. dlaczego nogi, zapytacie. otóż, pod spodniami nic nie widać. nikt, nic nie musi wiedzieć. na chwile pomagało. ta krótka chwila była uzależniająca. tak, że chciało się dalej i dalej. przy cięciu nie bolała dusza. za to potem bolały rany. czułam się jeszcze gorzej. obiecałam sobie, że więcej się nie potnę. w między czasie pojawiły się chwile obżarstwa. mój żołądek i moja głowa tego nie wytrzymali - zaczęłam wymiotować. regularnie. pożerać kolacje i zwracać. zjadać znów coś i oddawać. walczę z obżarstwem i zwracaniem. to drugie nie zdarzyło mi się od półtorej miesiąca. ten rok witałam w domu z ojcem. rozłożyła mnie grypa. i poczułam tę całą samotność, którą chciałam zapić, pociąć, zajeść i wyrzygać. tak dotkliwie mnie przeszła, że o godzinie zero moje oczy zaszły łzami. i tak styczeń nowego roku dobiega końca. ja nieprzerwanie od 26 grudnia 2015r. jestem chora - grypa, pogrypowe zapalenie oskrzeli, zapalenie zatok i tchawicy, i ciągle te oskrzela. i ciągle chroniczna samotność. rzuciłam fajki i czuję się jeszcze bardziej samotna. odeszła znów jakaś część Mamy. jakaś część przyzwyczajenia, w której ONA była. z ojcem zaczęłam się mijać. znów się mijamy. tylko w tym domu brakuje Mamy. może też dlatego brak mi fajek, bo nie spędzam już czasu w kuchni z ojcem. nie ma nas. jestem ja. moja samotność. jest on. jego samotność. żyjemy osobno. samotność. przez nią wyniszczyłam organizm, przez nią niszczeje moja rodzina. dziś pomyślałam, że gdybym miała przełącznik na plecach ON/OFF, nacisnęłabym OFF.